Opowieści tych, którzy przetrwali. "Twoje wymagające dziecko" Wiliam i Martha Sears

2019-02-26
Opowieści tych, którzy przetrwali.           "Twoje wymagające dziecko" Wiliam i Martha Sears

WRZESZCZĄCY KŁĘBEK NIESZCZĘŚCIA


Kiedy byłam w ciąży, często siedziałam w nocy na sali dla niemowląt, gdzie pracowałam jako pielęgniarka, i je przytulałam. Kładłam je w poprzek swoich piersi, czułam ciepło ich miękkich, puszystych główek na swojej szyi i myślałam o niedalekiej przyszłości, kiedy będę miała własne maleństwo do przytulania. Kiedy Mattea się urodziła, na początku nie znosiła przytulania. Zaczęła krzyczeć w chwili, kiedy jej skóra po raz pierwszy zetknęła się z powietrzem, i długo nie przestała. Wiedziałam, że mam problem, kiedy jedna z koleżanek z pracy powiedziała: „Cieszę się, że zabierasz ją do domu!”. Kilka pierwszych tygodni po porodzie było koszmarem – gorszym, niż kiedykolwiek mogłam sobie wyobrazić. Nigdy nie zastanawiałam się nad możliwością, że moje dziecko będzie tyle krzyczeć. Nie tylko chciała nieustannie ssać pierś; kiedy tylko nie ssała, krzyczała. Nie żeby trochę pokrzykiwała – wydawała z siebie wysoki, bolesny, przeszywający wrzask. Niemal wcale nie spała. Przez pierwsze kilka tygodni przesypiała średnio cztery godziny z dwudziestu czterech i to nie naraz.




Co więcej, spała tylko wtedy, kiedy ktoś ją przytulał. Spędzałam całe noce, siedząc na łóżku, karmiąc ją i próbując położyć w kołysce, kiedy zaśnie, ale budził ją najmniejszy ruch. Wtedy zaczynała wrzeszczeć, ja płakałam, znowu ją karmiłam i tak w kółko przez całą noc. Mój mąż zupełnie się nie spodziewał tego wrzeszczącego kłębka nieszczęścia i wycofał się w głąb siebie. Mijały całe dnie bez jednego miłego słowa – lub w ogóle bez słowa. Zapadałam coraz głębiej w gniewną depresję. Zwierzyłam się przyjaciółce, że gdyby ktoś przyszedł i zaproponował wymianę na szczeniaka, z chęcią bym się zgodziła. Roześmiała się, ale ja wcale nie żartowałam. Osoba, która miała opiekować się małą, kiedy wrócę do pracy, odetchnęła z ulgą, kiedy jej powiedziałam, że nie będę w stanie zacząć nowej pracy, na którą tak się cieszyłam. Byłam bliska zrozumienia kobiety, która mówiła w telewizji, że aby mieć chwilę spokoju, włożyła płaczące niemowlę do zamrażarki. Jednak najczęściej rozważałam zjechanie z urwiska albo wyjście z domu i zniknięcie na zawsze. Nigdy jeszcze nie czułam się tak przerażona i samotna, jak po jednym tygodniu zajmowania się wrzeszczącym dzieckiem.




Kiedy Mattea skończyła dwa tygodnie, odkryłam, że ma przepuklinę. Wstyd przyznać, ale nawet się ucieszyłam!

Oznaczało to, że być może dziecku naprawdę coś dolegało – i można było temu zaradzić. Spędziliśmy kolejne dwa tygodnie, odliczając dni do operacji. Pamiętam
Boże Narodzenie jak przez mgłę. Nic się nie liczyło poza nadzieją na zakończenie naszej udręki.

Po operacji nadal dużo płakała, wymagała częstego karmienia i mało spała, ale przestała tak często okropnie wrzeszczeć. Nadal byłam wyczerpana i nieszczęśliwa, ale podczas operacji poczułam strach, który mnie zaskoczył, ale też sprawił, że lepiej się poczułam. Oznaczał, że wcale nie czułam nienawiści do własnego dziecka, jak mi się wcześniej wydawało. Naprawdę chciałam, żeby wyzdrowiała. Zmagaliśmy się z jej niezadowoleniem i naszym poczuciem porażki przez wiele długich miesięcy, aż znajoma dała mi telefon do liderki La Leche League. Desperacko potrzebowałam pomocy, więc zadzwoniłam właśnie do niej, mimo że mieszkała czterysta mil ode mnie i nigdy jej nie spotkałam. Wzmocniła moje przekonanie, że powinnam kontynuować karmienie piersią, chociaż wszyscy wokół mnie próbowali mnie przekonać do zaprzestania zwyczajowymi argumentami, że „ją głodzę” i że „moje mleko jest nieodpowiednie”, i nawet kilka razy podałam Mattei mleko modyfikowane. Miałam jeszcze wystarczająco dużo rozsądku, żeby wiedzieć, że wcale jej nie głodzę i że fizycznie była zdrowa, chociaż nadal nieszczęśliwa. Jackie (liderka LLL) wysłała mi kilka książek o karmieniu piersią, wymagających niemowlętach, nocnej opiece i tak dalej, a ja natychmiast je pochłonęłam.



Mattea nie chciała ssać, kiedy ja oglądałam telewizję albo czytałam książkę. Musiałam poświęcić jej całą uwagę albo zaczynała płakać. Jednak czasem zdarzało jej się zasnąć przy piersi i wtedy mogłam czytać, dopóki się nie obudziła. Im więcej czytałam, tym lepiej się czułam. Książki udzieliły mi pozwolenia na to, co od początku chciałam zrobić, ale czułam, że mi „nie wolno”. Przestałam próbować kłaść ją do łóżeczka, co na ogół zabierało wiele godzin i na ogół się nie udawało, a zamiast tego karmiłam ją w łóżku póki nie zasnęła. Zostawała w łóżku i dużo więcej spała, a ja razem z nią. Nadal karmiłam ją na żądanie, czyli bardzo często, ale przestałam odczuwać z tego powodu poczucie winy. Albo ja, albo mąż wszędzie ją nosiliśmy. Nosidełka i specjalne plecaki stały się częścią naszej garderoby. Kiedy wróciłam do pracy (nocne zmiany na pół etatu), mała spała z tatą na specjalnym odchylanym fotelu, bo odmawiała spania w łóżku beze mnie. Kiedy skończyła sześć miesięcy, spała już nawet dwie lub trzy godziny pod rząd, co dla mnie oznaczało sześć do ośmiu godzin snu. Jasne, że spałam z przerwami, ale była to znaczna poprawa. Potem zabraliśmy ją na rutynowe badania. Byłam zadowolona z naszych osiągnięć.

Całkiem się w niej zakochaliśmy. Jednak lekarz powiedział: „Nie widzę powodu, dla którego półroczne dziecko nie byłoby w stanie przespać całej nocy”. Czułam się zdruzgotana. Jednak podczas długiej drogi do domu rozgniewałam się. Podjęliśmy w tamtym momencie decyzję, żeby pozwolić lekarzom zajmować się zdrowiem dziecka, ale przy jego wychowaniu kierować się głosem serca. Mattea ma teraz dwa i pół roku. Nadal wymaga ciągłej uwagi. Nie potrafi siedzieć bez ruchu albo sama się bawić jak inne dzieci, ale jest radosnym i kochającym dzieckiem. Jest przyjacielska, otwarta i roześmiana. Widzieliśmy raz, jak podchodzi do zupełnie obcej osoby, która wyglądała na smutną, i próbuje ją pocieszyć. Ciągle potrafi być okropna, ale na nic bym jej nie wymieniła, nawet na szczeniaka! Modlę się, żeby nasze kolejne dziecko, jeżeli się na nie zdecydujemy, było inne. Ale jeśli okaże się takie samo, przynajmniej teraz już wiemy, jak sobie z tym poradzić. Dzięki
naszej córeczce zyskaliśmy dużo siły i mądrości. Pewnego dnia być może będziemy mieli ciche, „normalne”, zadowolone dziecko i wtedy poczujemy się podwójnie szczęśliwi.



Najgorszą częścią posiadania wymagającego dziecka jest brak wsparcia i zrozumienia ze strony rodziny, przyjaciół i lekarzy. Dobrą stroną tej sytuacji okazało się odkrycie czułego sposobu wychowania, którego inaczej nigdy byśmy nie wypróbowali.

"Twoje wymagające dziecko. High-need baby od narodzin do piątego roku życia" - Martha, William Sears. Fragment rozdziału "Opowieści tych, którzy przetrwali"
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel